Dobro pacjenta niejedno ma imię – czyli spór o dyktando z medycyny

Zrobił się pojedynek na to, kto bardziej przekonywująco będzie odmieniał „dobro pacjenta”. W jednym narożniku (porównanie ma pewien sens) – Naczelna Rada Lekarska, która o sekundowanie poprosiła eksperta sztuk niekoniecznie czystej walki. W drugim – Ministerstwo Zdrowia i Sejm. Wśród sekundujących – Pani Redaktor Joanna Solska, której tekst polecam Państwa uwadze.

Rzecz idzie o nieprzedłużanie (czyli tak naprawdę – odebranie) przez Naczelną Radę Lekarską  tymczasowego prawa wykonywania zawodu lekarzom spoza Unii Europejskiej, którzy nie zdali egzaminu z języka polskiego. Czynnikiem najtrudniejszym do pokonania dla zdających jest polska ortografia (podaję za: Beata Pieniążek-Osińska, Rynek Zdrowia z 13 maja 2026). Najliczniejszą część tej grupy stanowią podobno Ukraińcy i Białorusini.

Obydwie strony sporu są nieprzejednane. „Dobro pacjenta” – odmieniane na wszystkie możliwe sposoby. Jedni mówią o ryzyku zaszkodzenia pacjentkom i pacjentom, drudzy – o pogłębianiu niedoboru kadr lekarskich w Polsce. 

Pozostawmy emocje, postawmy pytania, na które ktoś powinien nam odpowiedzieć.

Racje Naczelnej Rady Lekarskiej, to ochrona pacjentów.

W takim razie – czy wiemy, ile było niepowodzeń i powikłań spowodowanych złą znajomością języka przez lekarzy?

Chodzi tu, na przykład, o niezrozumienie przez lekarza podawanych przez osoby chore dolegliwości, o niezrozumienie dokumentacji medycznej, o błędne przekazanie lub zrozumienie informacji kluczowych dla współdziałania w zespołach medycznych.

Przyzwoitość wymaga, żeby takie dane podać. Inaczej mówimy o opiniach, a nie o opisywaniu rzeczywistości.

Inną rzeczą są skargi pacjentek i pacjentów. Niektóre – z pewnością uzasadnione. Inne mogą sugerować nieufność wobec cudzoziemskich lekarek i lekarzy. Czy wiadomo coś o tych skargach? A jeżeli tak, to czy ktoś mógłby się tą wiedza podzielić?

Kolejne pytanie – dlaczego to nieznajomość ortografii ma być dyskwalifikująca? Bo będę się upierał, że dla bezpieczeństwa pacjentek i pacjentów kluczowe są zupełnie inne elementy.

Po pierwsze: bardzo dobra znajomość języka mówionego – potocznego i zawodowego. Niezrozumienie dolegliwości pacjenta, to katastrofa. Nieprawidłowe przekazanie koniecznej dla prawidłowej diagnostyki i leczenia wiedzy innym profesjonalistkom/profesjonalistom medycznym – też. To samo dotyczy rozumienia języka pisanego. Złe odczytanie dokumentacji medycznej może w odległym rezultacie kogoś zabić. W tych elementach nie może być więc taryfy ulgowej.

Ale ortografia? W czasach, gdy systemy sprawdzania pisowni są wszechobecne? Czy Naczelna Izba Lekarska wnioskowała w instytucji przeprowadzającej egzaminy językowe dla lekarzy o ich modyfikację, pod kątem praktycznych potrzeb? Może od tego trzeba by zacząć? Zwłaszcza, że dziwnym trafem napotyka się – bardzo rzadko, ale jednak – lekarzy ewidentnie nie mówiących i nie rozumiejących polskiego, a jednak pracujących u nas. Zdarza się, że pochodzących nie spoza Unii Europejskiej, a spoza Europy. Kto przepuścił ich na egzaminie? Czy mieli egzamin z języka mówionego, który w medycynie ma podstawowe znaczenie?

Lekarzy rzeczywiście brakuje, więc może zamiast walczyć o ortografię, warto się na spokojnie przyjrzeć sprawie i coś konstruktywnego wymyślić?

I wreszcie – klasyczne  pytanie: kto na tym dziwnym kroku  zyskuje? Oczywiście nie mam pojęcia. Ale przyczynienie się do nagonki przeciwko ukraińskim lekarkom i lekarzom, oraz szukanie wsparcia u rezydenta Krakowskiego Przedmieścia mogą być odczytane jako sygnał, że być może Mateczka Rosja zatroszczyła się teraz o nasze zdrowie…

Verified by MonsterInsights