Nie tylko respiratory, czyli zgony “nasze” i “nie nasze”. Trzeba koniecznie rozliczyć sprawców, a to elita PiS-landu. Wersja audio

Dla tych, którzy wolą słuchać (niecałe 15 minut), niż czytać. Do wyboru – Spotify i YouTube:

Nie tylko respiratory, czyli zgony “nasze” i “nie nasze”. Trzeba koniecznie rozliczyć sprawców, a to elita PiS-landu.

Żeby nie było wątpliwości – chodzi nie o zabójców, ale o sprawców zgonów. Zabójcami były choroby, chłód i wyczerpanie. Sprawcami – ci, którzy nie zapobiegli tragediom, chociaż było to ich obowiązkiem. 

Pora przyjrzeć się szczegółom. Przedtem jednak konieczne zastrzeżenie: to będzie wyłącznie medyczny, a w dodatku – mój osobisty punkt widzenia (chociaż bazujący na dostępnym powszechnie stanie wiedzy). 

Zacznijmy od zgonów „naszych”, czyli od epidemii COVID-19

Respiratory – daleko więcej, niż zmarnowane pieniądze

To najbardziej rozpowszechniony w społecznej świadomości przewał Zjednoczonej Patologii, związany z COVID-19. Kłopot w tym, że owa świadomość dotyczy głównie strony finansowej, kupowania u znajomych, etc. Spójrzmy zatem trochę inaczej.

Zacznijmy od technologii.

Po pierwsze, te mające ratować życie respiratory prawie na pewno nie były nowe. Bo gdyby były, nadawałyby się do uruchomienia, posiadałyby stosowne certyfikaty, obsługę serwisową, gwarantowaną przez dystrybutora (w odniesieniu do sprzętu medycznego jest to pozostający poza dyskusją obowiązek). Gdyby nawet pochodziły z kraju, gdzie napięcie sieci elektrycznej jest inne, niż u nas, gniazdka mają inny kształt, a połączenia tlenowe – inny standard, to takie różnice byłyby przeszkodami do łatwego pokonania, jakkolwiek wymagającego, być może, poniesienia kosztów serwisowych. Tego typu adaptacji nie było, bo gdyby były, to Zjednoczona Patologia głośno by o nich oznajmiała. 

Po drugie – respiratory kupione przez Ministerstwo Zdrowia nie były sprawne. Skąd to wiem? Bo inaczej nadawałyby się do ponownego uruchomienia, być może nawet z tzw. wtórną gwarancją producenta, po przejrzeniu ich  przez serwis fabryczny. Nic takiego nie miało miejsca, bo wówczas Pinokio nie omieszkałby pochwalić się odniesionym w heroicznej walce sukcesem. Nieprawdaż? 

Konkluzja dotycząca technologicznego aspektu zakupu respiratorów: to był złom. Wyrzucono pieniądze, których system ochrony zdrowia bardzo potrzebował, szczególnie wówczas. 

Porozmawiajmy w takim razie o następstwach czysto medycznych. Osoby, które podjęły decyzję o zakupie respiratorowego złomu są winne każdej sytuacji, gdy personel medyczny musiał wybierać, której pacjentce lub pacjentowi umożliwić terapię respiratorem, a której nie, bo było ich w szpitalu zbyt mało. Lub większości takich sytuacji. To niewątpliwie powinien być temat postępowania prokuratorskiego. W dodatku, mowa o czasie gdy zakupy respiratorów dokonane przez Fundację WOŚP i Panią Kulczyk stworzyły szansę przeżycia niejednej ofierze COVID-19.

Edukacja – śmiertelne zaniechanie pana ministra.

Zjednoczona Patologia ma na koncie jedno przewinienie w sprawie COVID-19, którego następstwa były zapewne jeszcze bardziej koszmarne niż afery respiratorowej. Chodzi o edukację profesjonalnego personelu medycznego. To naprawdę wstrząsająca historia.

Żeby ją zrozumieć, trzeba uświadomić sobie, że na początku epidemii COVID-19 świat zgłupiał. Stanęliśmy wobec bezprecedensowego w naszych czasach wyzwania medyczno-logistycznego. 

Nie wiedzieliśmy jak tą chorobę  leczyć, jak diagnozować, jak ograniczać rozprzestrzenianie się zakażeń (szczepionki jeszcze wówczas nie było). Przede wszystkim jednak – nie wiedzieliśmy jak zidentyfikować najbardziej zagrożone osoby i moment w którym nie powinny już być leczone ambulatoryjnie, lecz zostać poddane intensywnemu, szpitalnemu leczeniu, pomimo na pozór nie najgorszego ich stanu. Innymi słowy – skierować je do szpitala, zanim pogorszenie osiągnie poziom, zza którego nie ma już powrotu.  Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) znakomicie wykonali potężną pracę analizując pojawiające się publikacje, a następnie tworząc zalecenia dotyczące sposobów postępowania wobec COVID-19. Musiały być proste, żeby można je było zastosować w mniej zamożnych krajach, dysponujących jedynie prostymi i tanimi technologiami medycznymi. W ocenie ciężkości choroby ograniczono się więc do analizy czterech parametrów: częstości akcji serca, ciśnienia tętniczego, częstości oddechów i poziomu saturacji  krwi. Przy całej swojej prostocie, parametry określone przez WHO pozwalały skutecznie wykryć zagrożenie życia pacjentki lub pacjenta. Czyli – potrzebne były tylko oczy, uszy, palce, ciśnieniomierz i najprostszy pulsoksymetr, żeby móc kogoś uratować. No i bardzo prosta wiedza. WHO rozpowszechniała ją, przy pomocy różnych instytucji, nierzadko korzystających z usług wolontariuszy o wykształceniu medycznym. Wielką pracę wykonały agendy rządowe i lokalne uniwersytety w różnych krajach. W Polsce były to głównie Izby Lekarskie. Natomiast Ministerstwo Zdrowia nie zrobiło w tym kierunku nic. Powszechny poziom wiedzy na temat kluczowych parametrów zagrożenia w przebiegu COVID-19 był w Polsce bardzo niski, co doprowadziło do nieuchronnego w tej sytuacji koszmaru. 

Efektem niewiedzy personelu lekarskiego i ratowniczego  były zbyt późne hospitalizacje, gdy  poziom saturacji nie dawał już szans na przeżycie.  Rodziny zmarłych opowiadały niejednokrotnie, że przedtem odmawiano chorym skierowania do szpitala uzasadniając to jej/jego zbyt dobrym stanem. 

Nie znam liczby zgonów, które nastąpiły w tego rodzaju okolicznościach, bo nikt ich zapewne nie zna. Potrzebny by był kosztowny audyt. Jednak można powiedzieć, że każda taka śmierć obciąża ówczesnego ministra zdrowia. Zaś wykazanie, że nieoptymalne postępowanie medyczne było w tego rodzaju przypadku efektem zaniechania obowiązku edukacyjnego przez Ministerstwo Zdrowia, w sytuacji powszechnego zagrożenia, może być (mam nadzieję) punktem wyjścia do postępowania prawnego. 

Świadomie pominąłem tu mniej drastyczne tematy, związane z COVID-19, bo jest ich wiele. Na przykład, intencjonalne torpedowanie zaleceń antyepidemicznych przez byłego premiera i byłego ministra zdrowia dla celów kampanii prezydenckiej jeszcze-nie-byłego prezydenta (zapewne za jego wiedzą i wolą), przy całkowitej bierności byłego ministra sprawiedliwości. Jestem przekonany, że prędzej, czy później powinny stać się interesującym tematem dla prowadzących śledztwo. 

Zgony nie nasze, czyli zwykła zbrodnia wojenna?

Zgony w COVID-19 były “nasze”. Większość z nas straciła w ten sposób kogoś ważnego – bardziej lub mniej – w naszym życiu. Przejdźmy teraz do zgonów “nie naszych”, które większości z nas nie dotykają osobiście, chociaż są dramatyczne wyjątki. 

Te zgony również proszą się o sankcje prawne. Mowa o tym, co działo się (i być może, nadal dzieje) na naszej wschodniej granicy. Z medycznego punktu widzenia wygląda to niezwykle prosto. 

Tak, bandzior Łukaszenka z bandziorem Putinem prowadzą przeciwko nam wojnę hybrydową. Jednym z jej narzędzi są uchodźcy. 

Tak, mamy prawo by się bronić. 

…ale z drugiej strony:

Jeżeli ktoś z nielegalnych uchodźców znajduje się w stanie zagrożenia życia – nieważne, czy z powodu wychłodzenia, odwodnienia, wycieńczenia, czy skutków urazu – to staje się odpowiednikiem rannego na polu walki żołnierza przeciwnika.

Rannym żołnierzom przeciwnika trzeba pomóc, jeżeli nie wiąże się to z zagrożeniem dla samych ratujących.

Utrudnianie działań własnych ratowników i represjonowanie ich (niekiedy drastyczne) przez polskie służby mundurowe można porównać ze strzelaniem do oznakowanych sanitariuszy na polu walki. Za takie czyny podczas nie tak dawnych wojen można było być ukaranym w najsurowszy możliwy sposób. Mam nadzieję, że ta praktyka nie zaniknie. Zwłaszcza w odniesieniu do byłego ministra spraw wewnętrznych, komendanta straży granicznej, ministra obrony i zwierzchnika sił zbrojnych.  Należy mieć świadomość Zespołu Stresu Pourazowego (PTSD), którym została dotknięta przynajmniej część naszych ratowników-ochotników ze wschodniej granicy,  w wyniku działań rodzimych funkcjonariuszy i ich zwierzchników. PTSD potrafi skrócić życie – są na to niezależne, dobrze udokumentowane dane. Wnioski są tu oczywiste. 

Jak widać z powyższego przeglądu, chociażby ze względu na zgony “nasze” i “nie nasze”, Zjednoczona Patologia zrobi wszystko, żeby nie oddać utraconej legalnie władzy. 

Zabójstwo jelenia Bartka – czas posprzątać ten układ, również ze względów medycznych.

Wstrząsająca jest mieszanina patologicznych zachowań myśliwych i patologii działania państwa – widoczne doskonale w przebiegu niedawnych wydarzeń w Szklarskiej Porębie. Życzę Panu Ministrowi Kierwińskiemu jak najlepiej, ale na tym, jak zareaguje, może dużo zyskać albo mnóstwo stracić. On i jego (czyli trochę moja) koalicja. 

Przyjrzyjmy się kluczowym punktom wydarzeń. 

W Szklarskiej Porębie żył sobie oswojony jeleń – prawie oficjalna maskotka miasta. Podchodził do zabudowań, był karmiony, głaskany, a więc ufny. 

Pewnego wieczora myśliwy zastrzelił go ok. 20 metrów od zabudowań. Obwieścił, że poluje na dziki. 

Stop – pierwsza przerwa na zastanowienie się.

Strzelanie do kogokolwiek i czegokolwiek koło zabudowań jest przestępstwem. Myśliwy strzelał nie tylko dlatego, że jak wielu spośród nich, miał sporadyczny i niezbyt intensywny kontakt z rozumem. Wiedział, że może strzelać tam gdzie chce i kiedy chce. Wynika to z sytuacji myśliwych, których związek stoi poza prawem, a w praktyce – ponad nim. Poczucie bezkarności może w osobowościach zaburzonych doprowadzić do zachowań, które dla innych mogą być katastrofalne. A myśliwi, to z definicji osobowości zaburzone, bo zabijają dla samej przyjemności zabijania. 

Ale to nie koniec. Myśliwy nie odróżnił jelenia od dzika. Problemy mentalne czy okulistyczne? Jedno i drugie jest zatrważające, a zabójstwa ludzi i psów przez myśliwych, zawsze tłumaczone pomyleniem z dzikiem, każą zastanowić się, czy istnieje realnie działający medyczny system umożliwiający kontrolę, komu tak naprawdę wydaje się pozwolenie na broń, w dodatku przeznaczoną do bardzo kontrowersyjnych aktywności. 

Powróćmy do wydarzeń owej nocy. Osoby mieszkające na miejscu dramatu dzwonią po policję. Zaś policja… nie chce przyjąć wezwania, mówiąc, że to nie ich sprawa.

Stop. Kolejna przerwa na przemyślenia. Jakakolwiek strzelanina na terenie zabudowanym powinna skłonić policję do interwencji. W takim razie, dlaczego nie skłoniła? Może dlatego, że myśliwi, to zazwyczaj osoby o mocnej pozycji w lokalnych społecznościach? Policjant nie chciał ryzykować? Czy nie przypomina to Państwu historii o mafii? Tak, czy inaczej, policjant powinien dyscyplinarnie stracić pracę i być może nie tylko on w tym mieście. 

Wydarzenia toczą się dalej. Przybywają kolejni myśliwi. Ucinają martwemu jeleniowi łeb, jako trofeum. Trofeum czego? Ulicznej egzekucji? Tak, Prosze Państwa, być może nie tylko ja pomyślałem o psychotycznych degeneratach. Ale znowu – pomyślmy – jakie poczucie bezkarności daje takim kreaturom Polski Związek Łowiecki? 

A co dalej? Milicja w Szklarskiej Porębie (będę upierał się, że na miano policjanta trzeba sobie zasłużyć) podobno do tej pory szuka tego myśliwego, który oddał strzał. Nie mogą znaleźć, biedactwa. 

Myślę, że ujawniony w tym i innych, podobnych przypadkach, zakres i nasilenie patologicznych zachowań, powinny skłonić Ministra Spraw Wewnętrznych do narzucenia bezlitosnego systemu kontroli stanu zdrowia wszystkich myśliwych. Bo niektórzy, oprócz specyficznej osobowości wyraźnie cierpią na zaburzenia poznawcze, albo na poważne problemy ze wzrokiem, skutkujące tym, że strzelają do czegoś, czego dokładnie nie widzą. Niespełnienie kryteriów w jednym z często (np. co 6 miesięcy) powtarzanych badań powinno skutkować cofnięciem pozwolenia na broń, co jest istotą tego, że tak zażartuję, hobby. Myśliwych jest podobno 120 000, czyli 0,3% populacji Polski. Nie powinni zagrażać zdecydowanej większości, w której członkinie i członkowie wyraźnie nie mają skłonności do poprawiania samopoczucia zabijaniem czego popadnie. Nie widzę też powodu, żeby grupa patologii zorganizowanej, jaką jest Polski Związek Łowiecki była stawiana ponad prawem. Jeżeli nie można jej zdelegalizować, to przynajmniej dla minimalizacji zagrożeń zdrowia i życia przeważającej reszty społeczeństwa należy wprowadzić ścisłe medyczne kryteria weryfikacji jej członkiń i członków.

LUMPy wyznaniowe trzeba zamknąć natychmiast.

Pozostałość po Zjednoczonej Patologii, zwaną pieszczotliwie w środowisku: LUMP (od Lokalny Uniwersytet Medyczno-Przyrodniczy), trzeba posprzątać pilnie, bo chodzi o bezpieczeństwo milionów ludzi. Bezzwłocznie należy zamknąć zwłaszcza LUMPy wyznaniowe (najsławniejsze są w Toruniu i Lublinie) – z czterech powodów.

1. Ideologizacja studiów – absolwenci będą kierować się wartościami innymi niż dobro pacjenta, co jest pewną tradycją chrześcijaństwa. Jako przykład warto przypomnieć chociażby o sprzeciwie kościołów chrześcijańskich wobec znieczuleń podczas porodów. Nie po to przecież napisano w Piśmie o koszmarze porodu, będącym klątwą pochodzącą od sił najwyższych, żeby pozwalać na takie fanaberie. Czytałem o jednej kobiecie, która za domaganie się znieczulenia okołoporodowego została spalona stosie, ale być może takich przypadków było więcej. A o całkiem współczesnym składaniu życia kobiet na ołtarzu religii wiedzą wszyscy, którzy nie mają zespołu wyparcia, więc nie ma co tego tematu rozwijać.

2. Stanowisko ideologiczne pozostaje w sprzeczności z wiedzą prezentowaną aktualnie przez oficjalną medycynę, co musi mieć bezpośredni wpływ na postępowanie lekarskie. Najbardziej znanym przykladem jest tu szermowanie w dramatycznych sytuacjach podczas ciąży pojęciem dziecka poczętego, które w profesjonalnej medycynie nie istnieje. Warto przypomnieć również o sytuacjach dotyczących medycyny stanów terminalnych, mogących prowadzić do koszmaru uporczywej terapii. Chociażby o przypadku Polaka przebywającego w Plymouth, po zawale serca powikłanym długotrwałym nagłym zatrzymaniem krążenia, które przekreśliło jego szanse na przeżycie. Sąd brytyjski orzekł, że pacjent powinien zostać odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Hierarchowie i politycy katoliccy podkreślali prawo do życia “od poczęcia do naturalnej śmierci”. Kłopot w tym, że byli łaskawi przeoczyć dwa proste fakty: nie ma niczego naturalnego w tym, że za człowieka oddycha maszyna i że fakt bycia Polakiem-katolikiem nie zapewnia nieśmiertelności. Absolwenci wyznaniowych LUMPów sprokurują zapewne więcej tego rodzaju sytuacji. 

3. Funkcjonariusze kościelni i inni prominentni katoprawicowcy niejednokrotnie ignorowali zasady  profesjonalnej medycyny albo wręcz sprzeciwiali się im. Najlepszym przykładem może być tu kwestia szczepień ochronnych, oraz ograniczeń związanych z profilaktyką chorób zakaźnych w ogóle. Takie podejście absolwentów wyznaniowych LUMPów może stworzyć zagrożenia dla pacjentów i zapewne stworzy.

4. Sposób rekrutacji jest rodzajem preselekcji kandydatów. Należy przyjąć, że uczelnie ideologiczne wychodzą z założenia, że każdy kto zapłacił im za studia medyczne, otrzyma dyplom lekarski. To napędzi im kolejnych kandydatów i kolejne przychody. Z drugiej strony – spycha na plan dalszy merytoryczny poziom wykształcenia medycznego absolwentów i prawie promuje chciwość jako podstawę osobowości kandydatów. Nie wydaje się nieprawdopodobny ich sposób myślenia: „wezmę świadectwo od proboszcza, zapłacę trochę kasy, ale potem kupię se dyplom i będę kosił dużo większą kasę”. Nie jestem pewien czy pacjenci będą zadowoleni z takich lekarzy.

Dlaczego pozwalam sobie stwierdzić, że wyznaniowe LUMPy należy zamknąć natychmiast? Bo alternatywą jest unieważnianie wydanych przez nie dyplomów lekarskich i/lub mozolna ich weryfikacja. Czasochłonne, kosztowne i dające mnóstwo propagandowego paliwa populistom. 

Oczywiście, również powstające ostatnio inne dziwne szkoły medyczne, chociaż nieskażone ideologicznie, będą wymagały weryfikacji pod kątem elementarnej jakości edukacji. Ale to już zupełnie inna historia.

O aborcji – czysto medycznie. Zwięzły opis dla pięknoduchów. 

Myśląc czysto medycznie  o regulacjach związanych z przerywaniem ciąży, da się je sprowadzić do trzech prostych punktów z prostymi uzasadnieniami:  

Przerwanie ciąży do 12 tygodnia  jej trwania – wyłączna decyzja kobiety.

Uzasadnienie: Zdrowie, to stan dobrostanu fizycznego i psychicznego. Taka jest decyzja WHO. Niechciana ciąża nierzadko ten dobrostan psychiczny zaburza. Czyli, odmawiając prawa do wczesnego przerwania ciąży odmawiamy kobiecie jej podstawowych medycznych praw.  

Co więcej – taka niechciana ciążą może w przyszłości prowadzić do sytuacji gdy zagrożony będzie również dobrostan psychiczny dziecka, a nawet jego zdrowie psychiczne. Wśród pacjentek i pacjentów psychiatrii dziecięcej przerażająco wiele jest dzieci, którym własne rodziny zgotowały emocjonalne piekło. Ryzyko takiej sytuacji wzrasta oczywiście, gdy dziecko nie było chciane. 

W przypadku płodu nie rokującego przeżycia lub wobec istotnego, udokumentowanego ryzyka poważnych wad wrodzonych/rozwojowych – przerwanie ciąży bez ograniczeń czasowych, wyłączna decyzja ciężarnej.

Uzasadnienie: donaszanie martwej ciąży grozi kobiecie ciężkimi zaburzeniami emocjonalnymi. One, z kolei, często prowadzą do chorób skracających życie, co bywa ostatecznym efektem. Podobne są dla matki (lub obydwojga rodziców) następstwa konieczności pielęgnowania ciężko uszkodzonego dziecka, a następnie – młodego dorosłego. W tej drugiej sytuacji można, w pewnym sensie, mówić o pozasądowym wyroku bezwzględnego dożywocia. 

Jeżeli ciążą stwarza zagrożenie dla życia kobiety, lub grozi jej inwalidztwem – przerwanie ciąży bez ograniczeń czasowych, wyłączna decyzja kobiety. Lekarz ma obowiązek bezzwłocznie (ważne!) i w sposób niebudzący wątpliwości poinformować o tym ciężarną. Ostateczna decyzja ma należeć wyłącznie od niej, a lekarz ma obowiązek doprowadzić do jej niezwłocznego urzeczywistnienia. 

Uzasadnienie: nie wydaje się z medycznego punktu widzenia konieczne. 

Stosowanie powyższych zasad będzie służyło ochronie zdrowia i życia i kobiet. Tyle z medycznego punktu widzenia. W innych kwestiach dotyczących tej sprawy nie czuję się kompetentny i nie odczuwam potrzeby, by takim być, wobec wagi opisanych powyżej sytuacji.

Cztery uwagi dodatkowe:

W powyższych sytuacjach nie może być dopuszczalne stosowanie klauzuli sumienia, jak również odmawianie ani intencjonalne opóźnianie działań, niezależnie od uzasadnienia.

Ojciec  in spe (czyli męski współsprawca ciąży) nie może mieć w tych przypadkach prawa sprzeciwu.

Badania prenatalne muszą być powszechnie dostępne i refundowane. 

“Kompromis aborcyjny” nie jest żadnym kompromisem. 

Dla tych, którzy wolą słuchać zamiast czytać – to samo w formie podcastu

Co zrobią z Twoim zdrowiem i życiem? PiS daje pewność. Przewodnik praktyczny dla Pań niezdecydowanych i niegłosujących.

Czcigodna Czytelniczko, jeżeli zajdziesz w ciążę i będzie ona powikłana, a powikłania będą zagrażały Twojemu życiu, to umrzesz, jeżeli przerwanie ciąży będzie niezbędne, żebyś mogła zostać uratowana. Prawdopodobieństwo Twojej śmierci w takim przypadku jest wysokie. 

Skąd pewność, że tak będzie? Bo to już nie raz się zdarzyło. Wyguglaj sobie chociażby historię Pani Izabeli z Pszczyny. Na przykład. Łatwo znajdziesz inne, podobne zdarzenia tego rodzaju i zawsze tak samo zakończone.

Życie matki było zagrożone, ale nie przerwano ciąży. Wbrew elementarnym zasadom postępowania lekarskiego. 

Dlaczego tak się stało?

Bo w Polsce PiS ideologiczne przesłanki pozamedyczne są ważniejsze od precyzyjnych wytycznych profesjonalnych określających, jak należy postępować w konkretnych sytuacjach. 

Taki stan rzeczy możemy nazwać Medycyną Uznaniową, w odróżnieniu od Medycyny Opartej na Udokumentowanych Danych ( Evidence – Based Medicine), obowiązującej w większości krajów rozwiniętych. Medycyna Uznaniowa staje się podstawowym czynnikiem decydującym o losach chorych w Polsce. Jeżeli tego nie powstrzymamy, jej rola będzie rosła.

Uważasz, że problem nie dotyczy Ciebie? Tak, ale tylko jeżeli jesteś w wieku uniemożliwiającym zajście w ciążę. A jest on wyższy, niż zapewne Ci się wydaje. Natomiast jeżeli z absolutną pewnością nie zajdziesz w ciążę, to problem nie przestaje Cię dotyczyć. Są przecież w Twoim życiu ważne dla Ciebie kobiety. Przynajmniej, zazwyczaj są. 

A może uważasz, Czcigodna Czytelniczko, że taka powikłana ciąża, groźna dla Ciebie, lub dla drogiej Ci kobiety, nie może się przytrafić? Tak, masz rację, że większość ciąż kończy się dobrze. Na szczęście. Tak samo, jak większość podróży samochodem, a nawet przypadków COVID-19 skończyło się dobrze. Jednak zdecydowanie nie wszystkie. Zaś w Polsce Medycyny Uznaniowej szansa kobiety na przetrwanie ciąży grożącej jej zdrowiu i życiu nie musi być wysoka.

Jedną z podstawowych zasad obowiązujących w Medycynie Uznaniowej jest ochrona, za wszelką cenę, tak zwanego dziecka poczętego. Dlaczego tak zwanego? Bo  w klasycznej medycynie nie ma takiego pojęcia. Jest zarodek, płód i noworodek. O życie i zdrowie płodu walczy się w  miarę dostępnych metod. Terapia wewnątrzmaciczna, to wspaniała szansa. Ale o ryzykowaniu życia matki w imię donoszenia ciąży mogą myśleć tylko zideologizowani dewianci. 

Pewność kolejna. Jeżeli podczas ciąży okaże się, że płód ma tak poważną rozwojową, że utrzymanie go przy życiu po porodzie przekracza możliwości współczesnej medycyny, to ciąża nie zostanie przerwana, bez względu na szkody dla zdrowia psychicznego ciężarnej. To też się już wydarzyło.

Dwa udokumentowane mechanizmy przyczynowe takiej sytuacji wymagają omówienia. 

Pierwszy, to słynne zdanie szeregowego satrapy, że będzie dążył to tego, żeby takie ciąże zakończyły się porodem, aby mógł odbyć się chrzest i katolicki pogrzeb. Wola satrapy jest w tym kraju obowiązującym prawem. Od Ciebie, Czcigodna Niezdecydowana (lub Niegłosująca) Czytelniczko zależy, czy nadal będzie. 

Mechanizm drugi: opinie katolickiej prawniczej organizacji Ordo Iuris były traktowane jako obowiązujące przesłanki do podjęcia takiego, a nie innego postępowania lekarskiego. Przyznali to sami lekarze Ordo Iuris nie jest nawet autorytetem etycznym, a z pewnością nigdy nią nie była w kwestiach medycznych, z oczywistego braku kompetencji. Ordo Iuris nie uważa, na przykład, depresji za istotną chorobę. Tymczasem elementarna, udokumentowana wiedza medyczna mówi, że depresja może być czynnikiem ryzyka przedwczesnej śmierci. Depresja może być następstwem ciąży nie rokującej zdolności noworodka do przeżycia. Tymczasem według PiS to  opinie Ordo Iuris powinny być w tego rodzaju sytuacjach obowiązujące. 

Czy na pewno chciałabyś żeby Twoją fryzurą zajmował się stolarz, a meble zamawiać w zakładzie fryzjerskim? No właśnie. Taką paranoję, w znacznie ważniejszych sprawach chce Ci zafundować PiS. Naprawdę nie obchodzi Cię to? 

Idźmy jednak dalej – jeżeli okaże się podczas ciąży, że płód będzie miał istotną wadę genetyczną, to dostaniesz dożywocie. Czym innym jest bowiem konieczność pełnej, nieustannej opieki nad kimś, kto jest absolutnie niesamodzielny i nigdy nie będzie? Państwo pod obecnymi rządami z pewnością Cię nie wesprze. To wiemy. Jeżeli Twój partner jest  wyjątkowym facetem, to dożywocie otrzymacie obydwoje. Niestety, istniejące dane wskazują, że wielu partnerów odchodzi w takich sytuacjach pozostawiając kobietę samą sobie. Można na nich wyrzekać, ale to niczego nie zmieni. Tak, czy inaczej będziesz sama, albo będziecie we dwoje modlić się o to, by wasze dziecko umarło przed Wami, bo nie jest zdolne do w pełni samodzielnego życia. 

Oczywiście, możesz wybrać taką właśnie niesłychanie trudną drogę przez życie. Kluczowe jest tu słowo “wybrać”. PiS wyboru Ci nie pozostawi.

Aha i jeszcze jeden szczegół, ale istotny. Lekarz, który odstąpi od postępowania wskazywanego przez oficjalne wytyczne towarzystw lekarskich zasłaniając się klauzulą sumienia, będzie nietykalny. Nawet jeżeli w wyniku tej decyzji pacjentka umrze lub zostanie inwalidką. 

Wszystko, co opisałem powyżej, zdarzyło się przynajmniej raz. Można te wydarzenia bez problemu wyszukać w zasobach Internetu. Nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że nie ma szansy, by się powtórzyły. Tak samo, jak wykluczyć, że opisane sytuacje mogą pewnego dnia dotyczyć Ciebie. Zastanów się więc dobrze, zanim powiesz sobie, że kompletnie Cię to nie obchodzi. 

Milicyjnej bandyterki, zgonów  ciężarnych i OIOMów jako przechowalni będzie więcej? Tak – jeżeli plan satrapy i jego gromadki się powiedzie.

Warto nie przeoczyć, że różnorodne obrzydliwe działania Zjednoczonej Patologii wobec pacjentek, pacjentów i personelu medycznego są częścią większej kampanii. Gra idzie o władzę (czyli – olbrzymią kasę).  A dodatkowo – o jeszcze trochę kasy, na niższych szczeblach szeroko rozumianego aparatu. I nie jest to teoria spiskowa tylko analiza powszechnie dostępnych danych. 

Wspomniana strategia składa się z trzech łatwych do rozszyfrowania kierunków działania. Opiera się na pomysłach użytych do deformy wymiaru sprawiedliwości.

Pierwszy, a przy tym kluczowy element strategii Zjednoczonej Patologii, który już jest w pełni realizowany – to podważanie zasad współczesnej medycyny, jako co najwyżej względnych, zawsze wówczas, gdy rządzącym będzie to na rękę. 

Najłagodniejszym działaniem jest tutaj niewątpliwe przyzwolenie na wypowiadanie opinii medycznych przez osoby pozbawione kwalifikacji w tym  zakresie i traktowanie ich jako wiążące. Nawet jeżeli te opinie (a niekiedy i związane z nimi czyny) mogą wpływać lub faktycznie wpływają na postępowanie wobec konkretnych pacjentów lub całych ich grup. Dobrym przykładem może tu być kompletny brak reakcji oficjalnej władzy na negowanie pandemii przez toruńskiego kapłana Wielkiej Mamony, albo – na proepidemiczne wrzaski  neofaszystów. 

Trochę cięższy kaliber, to absolutna obojętność wobec antyszczepionkowej akcji Janusza Zwanego Dzbanem i jego równie alternatywnie błyskotliwej koleżanki. Powinni stać się obiektem śledztwa, ale nic takiego się nie stało. W końcu – szkodzenie ludzkiemu zdrowiu jest istotne dla Zjednoczonej Patologii tylko do momentu porodu. 

Jeszcze większy ciężar gatunkowy ma przyjęcie opinii kompletnie pozbawionej kompetencji medycznych organizacji (nazywa się chyba Ordo Amoris, ale nie zaprzątam sobie pamięci nieukami), jako oficjalnego uzasadnienia postępowania lekarskiego. Kontekstem było zakończenie nie rokującej ciąży, zaś opinia zawierała twierdzenie, że depresja nie stanowi realnego problemu medycznego, ani tym bardziej zagrożenia. Szczegóły możecie sobie Państwo wyszukać w Internecie. Oczywiście, nie chodzi o to, że Ordo Amoris nie może publikować opinii. Każdy może, tyle że w przypadku niefachowców takie opinie mają znaczenie wyłącznie towarzyskie. Przyjęcie takiej opinii przez lekarza, powinno natomiast zaprowadzić go przed oblicze prokuratora, a następnie – przed sąd. 

Temat najgorętszy, to oczywiście ciąża i aborcja. Rozpowszechnianie nieprawdy przez proporodowców, demonstrujących fotografie z późnych poronień, co jest intencjonalnie fałszywym przekazem społecznym, nie jest w ogóle ścigane. A powinno. 

No i najważniejsze – wypisywane i wykrzykiwane przez proporodowców hasło o tym, że aborcja zabija dzieci świadczy wyłącznie o nieuctwie i złej woli. Tak samo jak okrutne represje milicjantek i milicjantów (na zaszczytne określenie: policja trzeba sobie zasłużyć) wobec kobiet po samoistnym lub sprowokowanym poronieniu. Zgodnie z zasadami współczesnej medycyny o człowieku mówi się od jego porodu. Przedtem jest to płód. Oczywiście, o płód się dba, diagnozuje i nawet operuje, jeżeli trzeba i można. Trzeba się jednak pogodzić z tym, że nie każda ciąża kończy się dobrze i że istnieją możliwości, żeby to przewidzieć. Zaś słynna deklaracja satrapy, że chodzi o to, żeby poród był konieczny, bo umożliwi chrzest i katolicki pochówek, świadczy o tym z jak dalece zaburzoną osobowością mamy do czynienia. 

Aborcja nie jest zabójstwem dziecka. Jest przerwaniem ciąży. To jest profesjonalna, medyczna interpretacja. Rozumiem, że dla fanatycznych nieuków może być ona nie do przyjęcia. 

Drugi element strategii Zjednoczonej Patologii, to neutralizacja tych, którzy mogą jej przeszkodzić. Czyli przede wszystkim – Izb Lekarskich i wszelkich medycznych związków zawodowych. On również jest już w trakcie realizacji, chociaż skutki szczęśliwie są na razie marne. Pisali o tym fachowcy, pozwoliłem sobie niedawno wypowiedzieć się i ja (w tym miejscu, na przykład) – więc teraz krótko. 

Niejaki Andrzejek, zarządzający przez pomyłkę systemem ochrony zdrowia, na każdym kroku deprecjonuje środowisko medyczne, szermując przede wszystkim argumentami, że jest to elitarna korporacja i wyjątkowo nieuczciwa grupa ludzi. Wielki S. J. Lec napisał, żeby nigdy nie dyskutować z głupcem – ludzie mogą nie dostrzec różnicy. Nie wiem, dlaczego ten aforyzm przypomniał mi się akurat teraz. Na pewno bez związku. 

Znacznie poważniejsze jest powoływanie komisji do spraw nękania przez Izby Lekarskie lekarzy prezentujących opinie i metody działania skrajnie odmienne od zalecanych przez nowoczesną medycynę. Opartą na faktach, zebranych i zanalizowanych według precyzyjnie zdefiniowanych kryteriów. Dodatkowe wsparcie w walce z egzekwowaniem rzetelnej medycyny ma zapewnić ludowy trybun oczywistej sprawiedliwości i jego drużyna. Wszystko to ma uniemożliwić sprzeciw wobec decydowania o ludzkim zdrowiu i życiu według modelu “Bo tak!”, konsekwentnie wprowadzanego w dziedzinie prawa, bezpieczeństwa, etc. 

Trzeci i ostatni element strategii opiera się na prostym, kaskadowym rozumowaniu: “lekarzy jest zbyt mało, a ludzie narzekają na długie kolejki” – “wykształćmy więcej lekarzy (przy okazji, jeżeli będzie ich dużo, obniżymy ich roszczeniowość), to ludzie będą zadowoleni”  – “nie da się…” – “jak to! – stwórzmy nowe uczelnie medyczne! wszędzie, gdzie się da! – nawet przy kościołach, nie! zwłaszcza przy kościołach” – “ale to będą marni lekarze!” – “ale za to ideowi, a my i nasze rodziny nie będziemy się u nich leczyć bo mamy odpowiednie instytuty, no i parę znajomych osób zarobi na tej edukacji też nieźle, z kapłanem Wielkiej Mamony na czele!”

Może brzmi to żartobliwie, ale sprawa jest jednak poważna. Lekarzy – tak samo jak każdą inna populację zawodową – dotyczy rozkład poziomu kompetencji według krzywej Gaussa. Wynika z niej bezlitośnie, że większość jest przeciętna, niewielki odsetek, to geniusze, a bezmyślni ignoranci, to również niewielka podgrupa. W tym rozumowaniu jest jeden poważny haczyk. Wprowadzany właśnie przez oblecha od edukacji system szkoleń lekarzy może spowodować, że nowy szczyt krzywej, czyli nowa przeciętna, wypadnie tam, gdzie dziś jest poziom tych z istotnymi niedostatkami wiedzy medycznej. Trochę bardziej niebezpiecznie się zrobi, nieprawdaż? 

Tytułowe koszmary pozostają bez konsekwencji, dopóki Zjednoczona Patologia dysponuje aparatem represji. Jeżeli przegra wybory, może być jej przykro. Trzeba więc wprowadzić takie zmiany, które będą wymagały długiego czasu i bardzo trudnych starań, by je odkręcić. Na przykład, wprowadzić do systemu odpowiednio wielu, odpowiednio ideowych lekarzy. A potem szybko ich awansować. Przecież to już drużyna satrapy ma opanowane. A późniejsze unieważnianie dyplomów lekarskich lub przymusowe uzupełnianie wiedzy przez absolwentów medycznych studiów modlitewnych może być wręcz niewykonalne. 

Zamiast konkluzji – cytat. Jedno z pierwszych zdań wspaniałej powieści:

„Tak, człowiek jest śmiertelny, ale to jeszcze pół biedy. Najgorsze, że to, iż jest śmiertelny, okazuje się niespodziewanie (…)” 

(M. Bułhakow: „Mistrz i Małgorzata”)

Pozwalam sobie uświadomić Państwu, że powoli staje się dla nas oczywistym, że żyjemy dłużej i sprawniej. Dla niektórych taki stan rzeczy jest naturalny i nieodwracalny. Otóż nie jest. Ideologizacja medycyny, jako przeciwieństwo tej opartej na możliwie twardych danych, musi skończyć się źle dla chorych i ich rodzin. Wiemy to z historii medycyny. Polska ma koszmarną szansę stać się liderem w liczbie bezsensownych śmierci i możliwego do uniknięcia inwalidztwa. Będzie to dotyczyć każdej i każdego z Państwa, niezależnie od poglądów. A wszystko – w imię utrzymania władzy przez chciwych nieudaczników. 

Podobieństwo opisanych w tekście osób do prawdziwych postaci jest przypadkowe. Prawdopodobnie. 

“Czas, to mózg”. Znajomość trzech objawów może uratować przed śmiercią lub inwalidztwem w udarze mózgu. FAST czyli MoST.

Wystąpienie co najmniej jednego z trzech objawów nasuwających podejrzenie udaru mózgu powinno spowodować natychmiastowe wezwanie pomocy medycznej. Dzięki temu osoba, u której one wystąpiły, będzie miała szansę na uniknięcie inwalidztwa lub nawet przedwczesnej śmierci.  

Objawy, które ze względu na bezpieczeństwo własne i osób bliskich powinien znać każdy, są następujące:

Zniekształcenie mimiki twarzy, najczęściej przejawiające się jako obniżenie kącika ust po jednej stronie

Osłabienie lub całkowita utrata władzy w jednej dłoni, lub całej kończynie górnej

Niewyraźna mowa, niekiedy niemożliwa do zrozumienia 

Jedyną racjonalną reakcją na stwierdzenie u siebie, lub u kogoś bliskiego, chociażby jednego z tych objawów, jest możliwie bezzwłoczne wezwanie służb Ratownictwa Medycznego. Nie – dzwonienie po znajomych lekarzach, nie – szukanie teleporady, nie – zamiawianie wizyty lekarza POZ. 

Dlaczego jest to takie ważne? 

W udarze mózgu najważniejsza jest zasada: “Czas, to mózg”, którą pozwoliłem sobie umieścić w tytule niniejszego wpisu. Szansa na skuteczne leczenie zależy od tego, jak krótki będzie czas od początku objawów do początku terapii. Dlatego możliwie natychmiastowe, zdecydowane działanie jest takie ważne. 

W anglosaskiej medycynie, to co opisałem powyżej ujęto w łatwo zapadający w pamięć skrót FAST:

F – od face – asymetria twarzy

A – od arm – niedowład lub porażenie ramienia

S – od speech – niewyraźna, lub niezrozumiała mowa

T – od time – jak najszybsza reakcja

Pozwoliłem sobie stworzyć polski odpowiednik tego skrótu, żeby mieli Państwo wybór, co zechcecie zapamiętać. Ten polski skrót, to MoST – jak most do ocalenia:

Mo – jak mowa (niewyraźna lub niezrozumiała)

S – jak słabość (ramienia lub dłoni)

T – jak twarz (asymetryczna)

O koniecznym pośpiechu niczego w polskiej wersji nie ma, ale wierzę, że rodacy są w większości wystarczająco rozgarnięci żeby wiedzieć, że skoro dzieją się rzeczy groźne (bo takie opisywane są w obydwu schematach), to trzeba działać szybko i konkretnie. 

Tym, którzy chcieliby jeszcze obejrzeć małe repetytorium polecam bardzo dobry, krótki film. Powstał podczas nasilenia COVID-19. Umiejętność samodzielnego rozpoznawania groźnych objawów przez niefachowców była wówczas szczególnie ważna, wobec przeciążenia systemu opieki zdrowotnej. Film nie stracił merytorycznej wartości chociaż system działa lepiej, niż wtedy.

Ten wpis rozpoczyna tegoroczną edycję “letniej szkółki medycznej samoobrony dla pacjentów”, zwanej czasami “letnią szkółką przetrwania”, pojawiającej s

Oficjalne zakończenie epidemii COVID-19: dobry moment na podsumowanie dokonań Zjednoczonej Patologii.

WHO ogłosiło koniec epidemii COVID-19, jako stanu naglącego i przejście choroby w kolejny etap – stabilnej obecności w ludzkiej populacji. Minister zdrowia ogłosił zamiar zniesienia ograniczeń epidemiologicznych w lipcu tego roku. Z pewnością przy okazji obwieści zwycięstwo Zjednoczonej Patologii nad zarazą, czemu będą wtórować inni prorocy tej formacji. Zanim jednak zaczną obwieszczać swoje zasługi, warto na spokojnie zastanowić się, jaki jest bilans ich rzeczywistych dokonań na tym polu. 

Poniższy spis nie jest jakimś systematycznym przeglądem. To raczej lista udokumentowanych zdarzeń, które najbardziej wryły mi się w pamięć. Oto one – wraz z konsekwencjami dla ludzkiego zdrowia i życia.

Opóźniona edukacja personelu medycznego, zwłaszcza lekarzy POZ i osób pracujących w systemie Ratownictwa Medycznego.

Już na początku pandemii WHO ogłosiła bardzo proste (z konieczności – nasza wiedza była wtedy minimalna) zasady postępowania z osobami chorymi na COVID-19. W tym – podstawowe parametry, które można było prosto monitorować w warunkach domowych. A także – ich wartości, których przekroczenie  powinno stanowić o możliwie szybkiej hospitalizacji chorej osoby. Kluczowymi parametrami były: ciśnienie krwi, tętno, liczba oddechów i saturacja krwi (SpO2) mierzona przy pomocy najprostszego pulsoksymetru. Przygotowano materiały edukacyjne dla medyków. Niestety – podczas kiedy w wielu krajach świata edukowano możliwie intensywnie i personel, i jak najszersze grupy społeczeństwa, u nas Ministerstwo Zdrowia nie zrobiło w tej kwestii nic. Chciwy Krzyżowiec zajmował się działaniami wizerunkowymi i klaskaniem. 

Efekt był przerażająco prosty: odmowy skierowania na hospitalizację lub wręcz – wysłania zespołów Ratownictwa Medycznego, pomimo dramatycznie złych wartości parametrów wskaźnikowych,  relacjonowanych przez wzywające pomoc rodziny chorych osób. W rezultacie – chorzy umierali w domach albo byli przyjmowani do szpitali w stanie dającym w praktyce minimalne szanse przeżycia. I nie mówimy tu jedynie o tak ukochanych przez Pinokia i Krzyżowca starcach z chorobami współistniejącymi. Umierali w następstwie tego bałaganu również ludzie zdecydowanie młodzi.

Ignorowanie antyepidemików, a potem antyszczepionkowców wśród nielekarzy, bronienie ich wśród lekarzy. 

…a skoro jesteśmy już przy edukacji społeczeństwa: Zjednoczona Patologia nie kiwnęła palcem gdy ich (albo prawie ich) politycy i lekarze sprzeciwiali się ograniczeniom epidemicznym, a nawet je sabotowali. To samo dotyczyło antyszczepionkowców w obydwu grupach. Co więcej założono zespół parlamentarny do spraw sanitaryzmu, czyli – przeciwdziałania ograniczeniom epidemicznym. I kolejny zespół, do spraw Izb Lekarskich, mający bronić przed nimi (ze wsparciem ministerstwa Zerro) lekarzy antyszczepionkowców. 

Nie reagowano również na postawę kleru katolickiego, otwarcie negującego epidemię i związane z nią ograniczenia, a także – negującego potrzebę szczepień ochronnych. 

Cóż, walka o najprościej myślący elektorat okazała się ważniejsza od ludzkiego zdrowia i życia. 

Ostentacyjne udawanie końca epidemii podczas kampanii prezydenckiej

To punkt szczególny. Pinokio podczas kampanii głosił nieustannie, że epidemia została przez ich hufce pokonana i nie ma co panikować. Precz maseczki, pełna wolność dla gęstych zgromadzeń prawdziwych patriotów, z entuzjastycznym wymienianiem uścisków dłoni. Pinokio, Adrian i Chciwy Krzyżowiec robili to z pełnym rozmysłem, bo liczyło się zwycięstwo. Fala zgonów nadeszła później…

Respiratory…

…i wszystko jasne. Sprowadzono niezdatny do użytku złom. Sądząc z efektywnych zakupów dokonanych przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i Fundację Pani Dominiki Kulczyk, można było kupić taniej. Respiratorów byłoby mniej, ale za to sprawnych i odpowiadających obowiązującym standardom. Tych respiratorów zabrakło dla niektórych pacjentów.

Być może część z Państwa odnajdzie w tych historiach opowieści o osobach z Waszych rodzin, lub takich, z którymi łączyła Was przyjaźń, a którzy zmarli w opisanych powyżej okolicznościach. Chociażby przez wzgląd na pamięć o tych, którzy nie przeżyli epidemii, powinniśmy pamiętać również o tych, którzy arogancją i zaniedbaniem przyczynili się do ich śmierci.

Verified by MonsterInsights